
Dzisiaj naszła mnie pewna refleksja:
Otóż, bardzo często można zauważyć, że nasza modlitwa, czy ta w kościele, czy ta prywatna jest strasznie mechaniczna - po prostu wypluwamy z siebie stos głosek, kompletnie nie wkładając w to emocji, nie zwracając uwagę na sens tego co mówimy. Jak roboty.
Zauważyłem do tego zjawiska piękną analogię.
Nasze pragnienia, wszystko o co się 'modlimy', zarówno dosłownie, jak i w przenośni, staje się kompletną rutyną, to o czym marzymy przestaje być piękne, a staje się... niczym?

